poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Wróciłam. Katalonio już tęsknie.

Wróciłam już do domciu, choć mogłabym tam zostać. W Hiszpanii, a dokładnie w Katalonii jest pięknie, coś niesamowitego. Ostatnie dwa tygodnie były spełnieniem marzeń, a teraz jak mi się uda to postaram się tam wracać. Zakochałam się w tym miejscu. Widoki niesamowite, morze słone, plaża piaskowo-żwirowa. Woda w  morzu nieziemska, czysta, błękitna. Zdarzyły się dni, że morze było wzburzone, ale miało to w sobie jakiś urok...



Miasteczko Malgrat de Mar urokliwe. Jedna rzecz która mnie bardzo zaskoczyła to międzynarodowa Msza Św. Ogólnie nabożeństwo po katalońsku, ale były przygotowane wydrukowane czytania w różnych językach, także po polsku. W trakcie Mszy również były fragmenty w innych językach, czyli angielski, hiszpański, niemiecki, polski. Było to coś innego, byłam mile zaskoczona. Miasteczko śliczne, z tarasu widokowego na prawdę ładne widoki na miasto, na morze, na Santa Susanę. Kiedy tak się idzie tymi wąskimi zazwyczaj jednokierunkowymi uliczkami, można wiele zobaczyć. Inna roślinność, ciekawa, piękna. Domki nie za duże, ślicznie zdobione. Nazwy ulic na domach nie tak jak u nas metalowa tabliczka tylko coś jak mozaika z literak, wygląda to pięknie. 








Barcelona... mogłabym tam zamieszkać, zostać, zgubić się i nigdy nie wracać. Miasto robi ogromne wrażenie. Pełno ludzi, pełno pięknych miejsc w których idzie się zakochać, ludzie otwarci (jak w całej Katalonii i Hiszpanii). Pierwszym punktem naszej wycieczki był Park Güell. Wrażenie niesamowite, dużo roślinności, papugi, piękne widoki. To co stworzył Gaudi to na prawdę coś wyjątkowego. Ławka na tarasie zawijana, mozaikowa, kolorowa, oblegana rzez turystów. Fontanna na kształt salamandry, mozaikowa, śliczna. Kamienne tarasy którymi można się przechadzać, zaułki. Gdyby tak chcieć zobaczyć cały park to chyba potrzeba by było tak koło 2-3 godzin, a myśmy mieli niestety tylko godzinę, ale i tak coś można zobaczyć, kupić pamiątki i mieć niesamowite wspomnienia. 





Sagrada Familia... kiedy pierwszy raz ja zobaczyłam... zachwyca, ogromy monument, ciągle w budowie (i końca nie widać). Tak na prawdę jej piękno widzi się dopiero kiedy podejdzie się bliżej i można podziwiać szczegóły. Strona którą wybudował jeszcze Gaudi, strona narodzenia jest pełna szczegółów, drobnych figurek, zdobień. Jest to coś co będzie się podziwiać do końca życia. Następna strona, Męki Pańskiej, już widać inne czasy, innego architekta, już są inne postacie, inne zdobienia (prawie ich nie ma), inny materiał. Kolejne części bazyliki w budowie, ale i tak do wejścia długa kolejka, może jak będę następnym razem to pokuszę się o wejście do środka.






Camp Nou, mój piłkarski raj. Kiedy weszłam na teren stadionu to czułam się jak małe dziecko w wesołym miasteczku, ozy zaczęły się świecić ze szczęścia. Dla mnie piękny, specjalną trasą można zobaczyć prawie wszystko. Godzina którą mieliśmy na zwiedzanie stadionu starcza, ale trzeba mieć dość szybkie tempo. Muzeum, bardzo interaktywne co jest świetną sprawą, można wrócić się praktycznie do początku istnienia klubu. Wszystkie puchary... hmmm, choć moja mama stwierdziła, że najładniejsze to te stare i ja się z nią zgadzam, pięknie zdobione. Muzeum oczywiście nie dotyczy tylko piłki nożnej tyko wszystkich sekcji Barcy. Sklep, mogłaby tam wydać fortunę, ale ograniczyłam swoje potrzeby. Mam kubek, znaczek i dwa zdjęcia mojego ulubionego piłkarza :) Zobaczyłam to co chciałam i moje marzenie się spełniło. Teraz chciałabym wejść kiedyś na Camp Nou jako kibic, na mecz, zobaczyć na żywo mecz mojego ulubionego zespołu. 






Ogólnie Barcelona jest dla mnie piękna i chciałabym ją lepiej poznać, bo prawda jest taka, że na takiej wycieczce widzi się tylko to co najbardziej znane, a poznać inna Barcelonę to by było coś. Mam nadzieje, ze kiedyś mi się to uda, może już nie długo (jakieś dwa lata). Widoki z Montjuïc niesamowite, panorama miasta piękna. Niestety ulicy/deptaku Las Ramblas za bardzo nie zobaczyła, bo już z ledwością chodziłam (niestety moja kostka odmówiła posłuszeństwa), ale i tak to co zobaczyłam jak na razie mi wystarczy. Pokaz fontanny to dopiero coś. Jedno wiem na pewno, nie można podchodzić za blisko bo będzie się bardzo mokrym :) Myśmy się trochę spóźnili i nawet dobrze, bo nie byłyśmy takie mokre a i tak widziałyśmy pokaz bardzo dobrze. Jest to coś wyjątkowego, za każdym razem innego uzależnionego od muzyki. Na fontanny na pewno wrócę i to nie raz :) 






Wycieczka do Tossy de Mar stateczkiem, coś cudownego, no może po za moja chorobą morską, ale mimo tego, że mój błędnik wariował zrobiła bym to jeszcze raz, choćby ze względu na piękno wybrzeża Katalonii. Małe zatoczki z pięknymi plażami, skały, wzgórza na których stoją urokliwe domki. Można by się tam było zatracić. Samo miasteczko bardzo ładne, choć najpiękniejsza jest tego średniowieczna część. W takich domkach mogłabym mieszkać. Wąskie uliczki, każda ma swojego patrona. W Tossie jadłam najlepsza pizze jaka udało mi się do tej pory jeść, na placku makaronowym, z mozarellą, pieczarkami i szynką, ale pycha. Szyneczka chyba katalońska, cieniutkie plasterki, słona, niebo w gębie.














Ogólnie rzecz biorąc wakacje się udały, choć gdyby wydarzyła się jeszcze jedna rzecz to mogło by być jeszcze lepiej, ale co nie jeszcze na pewno wrócę do Katalonii. Zakochałam się w tym miejscu. Tak na prawdę minęło kilka dnia a ja już tęsknie za tym miejscem, za morzem, za plażą, na atmosferą. Chciałabym się tam kiedyś osiedlić. Teraz chcę zacząć uczyć się katalońskiego. Może ktoś uzna, że zwariowałam i może ma rację, ale czuję, że Katalonia, Barcelona to moje miejsce na ziemi w którym powinnam być....

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz