wtorek, 3 grudnia 2013

Brak czasu

Ostatnio znowu nie mam za bardzo czasu żeby pisać. Ten okres przed świętami to będzie jakaś masakra. Najbliższe dwa weekendy spędzę na uczelni a do posprzątania i przygotowania na święta mam dwa mieszkania, bo nasze i babci. Na uczelni też ostatnio jakaś masakra. Z jednego się cieszę, że jestem po technikum ekonomicznym, bo inaczej bym chyba nie wytrzymała na zajęciach z rachunkowości w organizacji. Co prawda i tak mnie na zajęciach roznosi złość, bo musimy się przenieść na "alternatywna rzeczywistość profesora" i zamiast się rozwijać to się cofam. Mam tylko nadzieje, że ta alternatywna rzeczywistość nie sprawi tego, że z tego przedmiotu będę musiała pisać poprawkę, bo inaczej nie ręczę za siebie. Pomijam fakt że profesor prawie kompletnie nic nie tłumaczy a do tego daje takie zadania, że bez wiedzy z technikum ani rusz. Nie powiem jest to totalna komedia ale cóż, jakoś musimy sobie poradzić. Mam nadzieje, z uda mi się częściej pisać, ale teraz muszę wrócić do przepisywania zadań

sobota, 16 listopada 2013

Zwariowany tydzień.

Ten tydzień był na prawdę zwariowany. W poniedziałek było święto, więc było trochę luzu, w końcu szło się wyspać :) We wtorek miałam korepetycje, a że jestem czasami totalnym leniem to słówka dla mojego ucznia robiłam jak zwykle na ostatni moment no i skończyłam o 15:30 a o 15:58 miałam autobus a jeszcze musiałam to wydrukować. Najważniejsze jest to, że zdążyła. W środę szłam z koleżankami do kina na Thor'a. Film polecam bo był świetny. Fajnie było się oderwać trochę od codzienności i spędzić mile popołudnie z przyjaciółkami. W czwartek znowu miałam korepetycje, bo mój uczeń ma mieć w poniedziałek sprawdzian, więc trzeba było go trochę przygotować. W piątek miał być trochę spokojniejszy dzień. Koleżanki miały przyjechać do mnie. Dzień zaczął się normalnie ale tak koło południa zadzwoniła babcia, że się przewróciła i ją strasznie ręka boli. Więc się szybko pozbierałyśmy z domu, a że do mnie miały przyjechać koleżanki więc musiałam jeszcze ogarnąć mieszkanie a mama teoretycznie powinna iść do roboty. Na szczęście zadzwoniła, wyjaśniła sytuacje i mogła pojechać trochę później. Mama pojechała z babcią do szpitala i się okazało, że babcia złamała rękę w nadgarstku. Koleżanki rozjechały się do siebie a ja spakowałam swoje rzeczy i mama przywiozła mnie do babci. No i jakiś czas będę mieszkać u niej. Tydzień w sumie nie był najgorszy zawsze mogło być gorzej. Taki relaks przed weekendem z zajęciami od 8 do 20:40 :D:D

środa, 6 listopada 2013

Nic wyjątkowego się nie dzieje

Znowu dawno nie pisałam, ale też nic takiego wyjątkowego się nie działo. W zeszły weekend zajęcia zakończone przeciążeniem nadgarstka i kilkoma dniami z zabandażowaną ręka. Na szczęście w miarę szybko zdobiło się na tyle dobrze, że mogłam już normalnie ruszać ręką. Ostatnio jakoś nie mogę zabrać sie do pisania, w ogóle nie mogę się do niczego zabrać. Jakoś na nic nie mam ochoty. Pogoda jest okropna i nie zachęca mnie do niczego. W niedziele miałam jechać z koleżankami do Pszczyny, ale pogoda popsuła nam plany, więc świętowałam z rodzicami, babcią i bracikiem, to że brat został magistrem. Może nawet dobrze się złożyło, że nie jechałyśmy. Mam jednak nadzieje, że uda nam się jeszcze w tym roku doprowadzić do tej wycieczki. Za to dzisiaj znowu wybrałam się do Bytomia na gorącą czekoladę w miłym towarzystwie koleżanek. Co prawda pogoda znowu nie dopisała, rozwaliły mi się buty, ale warto było spędzić tak milo ten czas. Niestety w weekend znowu trzeba się udać na uczelnię, na szczęście ten zjazd nie będzie tym najgorszym. Następny zjazd, ten za dwa tygodnie to będzie istny horror, dwa dni na uczelni od 8 do 20:40, jak to przeżyje to będzie istny cud. No dobra może aż tak źle nie będzie, ale z pewnością nie będę do życia. Zobaczymy jak to będzie, ale obawiam się trochę tych dwóch dni, jak na razie trzeba wytrwać najbliższy zjazd. Trochę późno się zrobiło, więc trzeba by się było położyć. Mam nadzieje, że teraz uda mi się szybciej coś napisać.

wtorek, 22 października 2013

Drobne szczegóły.

Wiem, że dłuższy czas nie pisałam, ale tak się jakoś złożyło. Brak czasu, tak nie do końca mnie usprawiedliwia. Jednak w tym czasie powstały dwie prześliczne kartki urodzinowe. Jedna dla koleżanki, bo niedawno obchodziła i dołączona została do prezentu. Na podstawie tych dwóch kartek (które już pojawiły się na stronie z moimi robótkami), chcę pokazać jak drobny szczegół - zazwyczaj czarne linie - zmieniając cały haft. Pierwsza będzie kartka urodzinowa koleżanki:


Na tym pierwszym zdjęciu jest sam hafcik (wiem, nie jest to zbyt wyraźne - wybaczcie). Same kwiaty, można powiedzieć że nie do końca wyraźne, takie plamki. Natomiast na następnym zdjęciu wszystko się zmieniło.

Bukiet z kwiatkami nabrał kształtów. Od razu lepiej to wygląda. Kwiatki są bardziej wyraziste. Ostatnie dwa zdjęcia pokazują efekt końcowy: sam haft oraz kartkę, jeszcze nie przyklejoną, ale tak ona wyglądała.


wtorek, 24 września 2013

Istny horror.

Było już blisko, już prawie byliśmy w tym ćwierćfinale, ale niestety Bułgarzy ostatecznie nas pokonali. Jest mi smutno z tego powodu, źle, ale przegrali po walce, nie poddali się, walczyli do końca. Co prawda zauważyłam, że po wygranych dwóch pierwszych setach, drużyna ma tzw. syndrom trzeciego seta. No cóż, można by lamentować, takie jest życie, dobrze było wiadomo, że mecz z Bułgarią nie będzie prosty i nie był, choć wydaje mi się, że lepsza była Bułgaria niż Rosja. Jako kibic Polskiej Reprezentacji mam nadzieje, że nasz trener nie zostanie zwolniony, może faktycznie w tym roku nic do końca nie wychodziło, bo ani Liga Światowa, ani teraz Mistrzostwa Europy, ale ja jeszcze wierzę w ten zespół pod wodzą tego trenera, w szczególności, że w przyszłym roku jest Mundial. Zobaczymy co czas przyniesie, ale mam nadzieje, że będzie dobrze. Jednak dzisiejszy mecz był horrorem, przyprawiał o drobne zawały serca, ale na pewno nie zmieni się moja wiara w tą drużynę...

niedziela, 22 września 2013

Galeria Katowicka

Żeby nie było to wszystko co dzisiaj publikuje w poście jest tylko i wyłącznie moją prywatną opinią na temat nowo powstałej w Katowicach Galerii Katowickiej. Oczywiście nie mam zamiaru moją opinią nikogo obrażać, czy coś w tym stylu, to są po prostu moje spostrzeżenia. A więc tak, po obiedzie wraz z bratem i jego żoną postanowiliśmy pojechać do Galerii żeby zobaczyć co tam jest, taka ludzka ciekawość. Wjazd na podziemny parking nawet spoko, choć jak dla mnie trochę za stromo. Parking dzisiaj bezpłatny, ogólnie będzie płaty. W znaleźeniu wolnego miejsca pomagają lampki świecące na zielona w przypadku wolnego miejsca i na czerwono gdy jest zajęte. Parking na dwóch kondygnacjacch, więc dość duży. Niestety wydostanie się z niego na teren centrum przy pomocy wind tylko dla osób cierpliwych, a dla tych drugich schody normalne alub ruchome (w innym miejscu niż windy i normalne schody). Niestety w tamtym momencie nie wiedzieliśmy gdzie są schody ruchome, więc czekaliśmy dość długo na winde, która dojeżdża tylko do pierwszego piętra (obecnie jest ich 2 a ma być 3). Miejmy nadzieje, że za jakiś czas będą dojeżdżać do samej góry bo było by to trochę dziwne. Co do samej Galerii to duża, mimo że z zewnątrz to aż tak duże się nie wydaje. Co do sklapów to nie będę sie wypowiadała, bo na kupowanie w większości tych sklapów po prostu mnie nie stać, drogo mogę powiedzieć że bardzo drogo. Pod tym względem wolę SCC. Toalety, trochę trudno je zlokalizować i są płatne. Jak na mój gust to 2 złote to trochę za dużo, no ale cóż. Największe problemy z całym tym wypadem do Galerii do był wyjazd z parkingu. Oznakowanie wyjazdu w miarę dobre, ale warunki do wyjazdu na ulicę Mikołowską to jakaś paranoja. Zrobił się ogromy korek. W pewnym momencie jest taki dość stromy podjazd i mieliśmy niemiła przyjemność zatrzymania się tak mniej więcej w środku. Mój tata miał spore problemy z ruszeniem z tego "wzniesienia" a nas przyprawił o mały zawał serca. Podłoże niestety nie sprzyja, bo jest dość śliskie. Tak na prawdę to nie wyobrażm sobie wyjazdu z tamtąd w zimie, ale może tyllko mi się tak wydaje.  No więc taka jest moja opinia na temat nowej galerii w Katowicach, znajdującej się tuż przy Dworcu PKP. Jeśli ktoś nie zgadza się z moją opinią to może to napisać w komentarzu, wiem, że nie wszystko co mi się nie podoba może sie podobać innej osobie, dlatego jestem otwarta na opinię innych osób na ten temat.

niedziela, 15 września 2013

Popołudnie z przygodami.

Niby dzień nie zapowiadał takich przygód, ale ogólnie było fajnie. Wraz z rodzicami, bratem i bratową postanowiliśmy dzisiaj jechać do palmiarni do Gliwic. Trochę się tego obawiałam, bo w środę chyba skręciłam sobie kostkę, piszę chyba, bo nie pamiętam, żeby coś takiego się stało, ale jak wróciłam to noga nie wyglądała za dobrze. Oczywiście w piątek w końcu pojechałam z mama na pogotowie, ale na zdjęciu rentgenowskim nic nie wyszło, no i lekarza patrzał się na mnie choćbym to wszystko sobie zmyśliła, ale cóż. Nie mam tego w gipsie, czy czymś takim, ale noszę swój stary stabilizator. Ale wracając do dzisiejszego dnia, pojechaliśmy do tej palmiarni. Było fajnie, ciekawe roślinki, zwierzątka. Potem kawa i ciasto, no i chcemy wracać do domu. Auto brata trochę szfankowało, bo coś było nie tak z tłumikiem i miał w tym tygodniu jechać z tym na warsztat, ale nie zdążył. Jedziemy sobie spokojnie do domu i nagle słyszymy jak coś trze po asfalcie no i nasza jazda niestety się skończyła. Zepchnęliśmy auto na jakiś wjazd na budowę, żeby nie torowało drogi. Na początku wydawało się, że tata (mechanik samochodowy) i bracik zdołają jakoś przychycić ten tłumik tak żeby dojechać do domu, ale się rozpadało. Skończyło się na tym, że zadzwoniliśmy po pomoc drogową, ale że było nas 5 to trzeba było załatwić jakiś transport do domu dla mamy, Sonii i mnie. W końcu bracik zadzwonił do kolegi, który bez problemu po nas podjechał. Laweta przyjechała po jakieś godzinie, a kumpla jeszcze nie było, bo wkopał się w korek w centrum Katowic. Trochę poczekałyśmy same a tym zadupiu i nasz transport też przyjechał. Jak wyjechaliśmy z domu koło 14 tak wróciliśmy po 20 a gdyby wszystko poszło bez problemów to bylibyśmy koło 17 w domu. Czasami przydaje się taki dzień z wrażeniami, przynajmniej nie było nudno. A na koniec kilka zdjęć z palmiarni:









wtorek, 27 sierpnia 2013

Obrazki i nowy kwiatuszek

 Tak jak ostatnio obiecałam, jak tylko dostałam aparat od bracika zrobiłam zdjęcia dwóm obrazkom, które czekają na oprawę. Jak pierwszy raz zobaczyłam wzór, w gazecie, którą przyniosła mama to od razu wiedziałam, że chce je zrobić, no i zrobiłam. W sumie to już jakiś czas leżą w pudełku, ale jak na razie nie mam ich jak oprawić.


Drugi obrazek to stary obrazek, ale niedawno go skończyłam. Miał być prezentem na 18 dla mojej kuzynki, ale jakoś nie wyszło. Najgorsze w tym wszystkim byłe te pioruny a dokładniej to białe kreseczki. Te kilka lat temu jak go robiłam nie miałam takiej wprawy w wykończeniach, dlatego kiedy do tego doszłam, to szybko odstawiłam obrazem, bo było to dla mnie zbyt męczące i trudne. Teraz, kiedy miałam już za sobą kilka obrazków z takim wykończeniem to go skończyłam i też czeka na oprawę, chyba że znajdzie się na niego jakaś chętna osoba.


czwartek, 22 sierpnia 2013

Powrót do haftowania

Znowu dostałam "weny" do haftowania. Muszę jakoś znaleźć w sobie tą chęć, bo chyba nigdy nie skończę tego obrazu dla bratowej. W ciągu dwóch ostatnich dni jednak praca ruszyła się do przodu i to chyba nawet dość znacznie. Żeby haftować, to mam takie napady, bo czasami nawet nie mogę na to patrzeć, a jak już mam ochotę robić to mogłabym i nawet cały dzień robić :) W sumie to tego posta miałam napisać wczoraj, ale jakoś dobrze mi się robiło. Rano zanim zaczęłam cokolwiek robić z obrazem to zrobiłam zdjęcie, i na tamten moment obraz prezentował się tak:


czwartek, 15 sierpnia 2013

Wszystko mnie boli...

No, ale co ja chcę skoro zrzucałam z rodzicami 2,5 t węgla. Co prawda dzisiaj już jest drugi dzień jak mnie wszystko boli, ale i tak czuje przy każdym ruchu mięśnie a najbardziej to lewą stronę. Nie mogę narzekać, bo tatuś trochę pomógł. Jednak mimo wszystko w domu nie jest dobrze. Nie wiem jak to wszystko bedzie a cała sytuacja coraz bardziej mnie frustruje. Niestety ostatnio frustracja wybuchła i oberwało się osobie do której coś czuje. Weekend to nie był dla mnie najlepszy okres, mogę nawet powiedzieć, że był to najgorszy okres od przyjazdu z Hiszpanii. Na szczęście wyjaśniłam już/sobie wszystko z przyjacielem, zostało mi wybaczone i mam nadzieje, że już teraz bedzie dobrze. Chciałabym żeby ta sytuacja w domu już też się wyklarowała, choć moje relacje z ojcem są dość jasne, ja nie odzywam się do niego a on do mnie. Niestety wciąż ma jakieś chore pratensje, w sumie to o wszystko a najbardziej to o nasz wyjazd z którego wróciłyśmy dwa tygodnie temu. Sytuacja jest na prawdę chora, no bo ile można się o to rzucać skoro już i tak nic nie zmieni, a wrecz niszczy cała naszą rodzinę, bo już nawet bracik z nim coraz mniej rozmawia. Ostatnio przyszedł na chwilę z małżonką na ogródek, na chwilę bo byli jeszcze umówieni, przywitał się a ojciec się wcale nie odzywał, a potem miał pretensje, że brat z nim nawet nie porozmawiał  i co to za zachowanie, a sam też nawet do niego nie podszedł, nie zagadał, tylko dalej robił to co robił. Jego zachowanie zaczyna być śmieszne, innym wypomina a jak sam tak robi to wszystko jest dobrze. Cóż, trzeba jakoś wytrzymać, chyba że mama się wkurzy i wszystko się skończy, bo go wyrzuci. Zobaczymy co czas przyniesie.

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Wróciłam. Katalonio już tęsknie.

Wróciłam już do domciu, choć mogłabym tam zostać. W Hiszpanii, a dokładnie w Katalonii jest pięknie, coś niesamowitego. Ostatnie dwa tygodnie były spełnieniem marzeń, a teraz jak mi się uda to postaram się tam wracać. Zakochałam się w tym miejscu. Widoki niesamowite, morze słone, plaża piaskowo-żwirowa. Woda w  morzu nieziemska, czysta, błękitna. Zdarzyły się dni, że morze było wzburzone, ale miało to w sobie jakiś urok...



Miasteczko Malgrat de Mar urokliwe. Jedna rzecz która mnie bardzo zaskoczyła to międzynarodowa Msza Św. Ogólnie nabożeństwo po katalońsku, ale były przygotowane wydrukowane czytania w różnych językach, także po polsku. W trakcie Mszy również były fragmenty w innych językach, czyli angielski, hiszpański, niemiecki, polski. Było to coś innego, byłam mile zaskoczona. Miasteczko śliczne, z tarasu widokowego na prawdę ładne widoki na miasto, na morze, na Santa Susanę. Kiedy tak się idzie tymi wąskimi zazwyczaj jednokierunkowymi uliczkami, można wiele zobaczyć. Inna roślinność, ciekawa, piękna. Domki nie za duże, ślicznie zdobione. Nazwy ulic na domach nie tak jak u nas metalowa tabliczka tylko coś jak mozaika z literak, wygląda to pięknie. 


wtorek, 16 lipca 2013

Bliżej niż dalej.

Wytrzymać trzeba jeszcze tylko kilka dni i będą upragnione, wymarzone wakacje. Jednak ten okres nie będzie taki prosty a to z powodu mojego "kochanego tatusia". No cóż, jesteśmy już na ostatniej prostej i jakoś damy radę, byle do wyjazdu, a co będzie potem to się zobaczy. Na szczęście pogoda zrobiła się dość ładna i mogę robić pranie i wywiesić je na plac, bo w domu to to wszystko schnie i schnie i końca nie widać. Wszystko jak na razie zmierza w dobrym kierunku i mam nadzieje, że tak zostanie do niedzieli późnego wieczora. Jeszcze tylko 6 dni i moje marzenie stanie się rzeczywistością, jestem szczęśliwa, bo kosztowało mnie to jednak dużo walki, ale nie tylko mnie. Te dwa tygodnie odpoczynku dobrze nam zrobią. Pozwiedzamy sobie, zobaczymy piękno Katalonii.... Najchętniej to już teraz bym tam była i nie wracała. Na razie niestety trzeba pozostać w tej rzeczywistości, czyli zrobić pranie, posprzątać pokój i ogólnie mieszkanie (choć cholernie mi się nie chce), i jakoś wytrzymać te kilka dni. W przetrwaniu pomaga mi jak zwykle niezawodna muzyka. Ostatnio wyszedł nowy klip Maite Perroni i chciałabym Wam go zaprezentować. Siedzi w mojej głowie i nie chce odejść, mogłabym tej piosenki słuchać całymi dniami (jak na razie), fajna pioseneczka.... mój świat.


niedziela, 7 lipca 2013

Dwa tygodnie.

Tyle zostało mi do wyjazdu. Przypuszczam, że awantury o wyjazd jeszcze do końca się nie skończyły, ale już jest bliżej niż dalej, więc jakoś to wytrzymamy. Tak naprawdę to najważniejsze jest to, że skończyłam sesję z powodzeniem, bez poprawki we wrześniu, indeks też już oddałam, więc mam wakacje. Teraz to trzeba załatwić Europejską Kartę Ubezpieczenia Zdrowotnego, czyli udać się do NFZ-u (o zgrozo...), kupić jeszcze może jakieś ciuchy, to co potrzebne, a jeszcze tego nie mam, zaopatrzyć apteczkę, posprzątać pokój, żeby tatuś się nie czepiał i myślami być w gorącej Hiszpanii. Teraz to już jest z górki, jak tyle czasu i tyle awantur wytrzymałyśmy to te dwa tygodnie też przetrzyamy. Najbardziej to cieszę się z tego, że pojadę tam ze spokojny, sumieniem, że ne mam egzaminów wrześniowych, wręcz przeciwnie możliwe, że mam szansę na stypendium za wyniki w nauce, ale to sie okaże dopiero gdzieś na początu października. Z tego wszystkiego na in plus jest to, że skończyłam pierwszy rok studiów i nie było tak źle jak myślałam po tym jak sie nie dostałam na UE. Teraz tak myśle, że może lepiej tak się stało jak się stało, przynajmiej poznałam grupkę fajnych ludzi, w gronie których czuję się świetnie, w końcu znalazłam ludzi, któorzy traktują mnie normalnie, z którymi mam o czym pogadać, umówić się, gdzieś wyjść, wyjechać na wycieczkę. Może w końcu wszystko zacznie się jakoś układać ;)

wtorek, 25 czerwca 2013

Koniec sesji i koniec praktyk

Wtorek, ostatni wtorek praktyk. Cieszę się, bo już mam dość tych praktyk, a wszytko przez poprzedni tydzień. Byłam w kasie ale przez 4 dni nie robiłam nic innego niż niszczenie dokumentów w niszczarce. Praktyka praktyką, ale w tym upale stanie pze niszczarce to była masakra. Teraz na szczęście jestem już w innej sekcji i jest o wiele lepiej. Przynajmniej sie czegoś nauczę, dzisiaj np. wprowadzałam do programu domumenty dotyczące likwidacji środków trwałych, które zostały sprzedane. Wiadomo nic ambitnego, ale dla mnie coś nowego, bo i programu nie znam i w technikum jakoś na tym się nie skupialiśmy. Zostały mi w sumie tylko 3 dni potem w weekend 2 egzaminy i będę miała wakacje. A od egzaminów 21 dni do wyjazdu do Hiszpanii. Czasami już mam ochotę tam być, w szczególności w taką pogodę jaka jest obecnie. Tak na prawdę to nie wiem co gorsze czy te upały co były w zeszłym tygodniu, czy to co iest teraz. Mam nadzieje, że w wakacje pogoda będzie śliczna, bo mając taką zmienną pogodę to dziękuje bardzo, mój organizm też tego nie chce. Przy takiej pogodzie czuje się fatalnie, moja głowa tak boli, że nawet nie działają silne leki przeciwbólowe, które biorę. Mogłaby się uspokoić ta pogoda i wszyztko byłoby dobrze. Ogólnie to dawno nie pisałam, ale wiecie sesja i praktyki i tak jakoś wyszło, że nie miałam czasu. Na szczęsie przed tymi dwoma egzaminami mam w domu trochę spokoju, bo mój tata poszedł do szpitala na badanie i w najlepszym wypadku wyjdzie w czwartek. To akurat dla mnie nie najlepsza wiadomość, ale i tak go długo nie ma, bo jak faktycznie wróci w czwartek to nie będzie go 2 tygodnie. Nie żebym mu źle życzyła czy coś, ale mając świadomość zbliżających się egzaminów dobrze sie stało, że poszedł do tego szpitals, bo w tym gorącym sesyjnym okresie męczyć się jeszcze z awanturami o wyjazd to jakoś bym tego nie widziala. Niestety coś czuję, że jak wróci z tego szpitala to będziemy miały z mamą powtórkę z rozywki, czyli przez 3 tygodnie jakie zostaną do wyjazdu ciągłe afery o to, że jedziemy, a co on będzie tutaj robił, co będzie jadł. Z własnej woli będzie siedzial sam,  bo już zapowiedział, że bracik nie ma co przychodzić, bo i tak go nie wpuści, że nie mamy do niego dzwonić jak dojedziemy na miejsce, bo on nic nie chce wiedzieć i że nas nie zawiezie na miejsce zbiórki. Z tym ostatnim to akurat nie będzie problemu, bo zawiezie nas mój bracik. A prawda jest taka, że gdyby zachowywał się w stosunku do nas inaczej to jechałby z nami, ale mam go wziąć ze sobą i wysłuchiwać cale wakacje, że wszystko jest nie tak to wolałabym wcale nie jechać. A poza tym co on się wtrąca skoro doszło do tego, że ja za wszystko płacę, więc chyba nie powinno go interesować co robie ze swoimi pieniędzmi. Zabieram ze sobą mame, bo jej obiecałam, że jak pojadę do Hiszpanii to ją ze sobą zabiorę i spełnię obietnicę, a przy tym sobie trochę odpoczniemy od "kochanego" tatusia. Dobra na dzisiaj kończę, bo miałam się uczyć a rozpisałam się strasznie. Mam nadzieje, że po sesji będę mieć trochę więcej czasu to i coś więcej będę pisać.

środa, 5 czerwca 2013

Praktyki

Nadal nic się nie układa w domu, ake jakoś trzeba to przetrwać, choć nie powiem, że jest łatwo. W poniedziałek zaczęłam swoje studenckie praktyki, muszę jakoś przetrwać te 4 tygodnie. Nie moge powiedzieć, że jest źle, atmosfera nie najgorsza a wiadomo, że jestem praktykantką wiec też za dużo nie mogę robić, ale jak na razie nie jestem traktowana jak dziewczynka na posyłki. Główna księgowa powiedziała, że co kilka dni będę zmieniała sekcje. Dzisiaj skończyłam 3 dzień w sekcji kosztów, czegoś się nauczyłam, trochę poznałam nowy program ksiegowy, bo jak na razie to pracowałam tylko na Symfonii, bo to było w szkole, a tam mają Implus. Wiadomo wszystkiego można sie nauczyć, ale wszysko też zależy od tego na czym sie pracuje, dla mnie to nowość, ale też fajne doświadczenie, w sumie po to się idzie na praktyki. Jutro zawitam do sekcji księgowości ogólnej i zobaczymy czego się tam dowiem ;) Jestem do tego wszystkiego pozytywnie nastawina, choć tak naprawdę nie wiem jak wytrzymam 4 tygodnie, ale mam nadzieje, że jakoś szybko to zleci. Jedyny minus okresu, w którym sobie wybrałam odbywanie praktyk to, to że zbliża mi się sesja a ja jakoś nie mam ochoty na uczenie się. W sumie to jak teraz piszę ten post to też teoretycznie uczę się na zarządzanie. Ake wiecie jak to jest, student jaj mu się sesja zbliża to robi wszystko inne niż nauka i u mnie właśnie się to zgadza. Jednak muszę znaleźć w sobie motywację, chce zdać tą sesje tak jak tą na pierwszym semestrze i postarać się o stypendium, więc muszę się wziąć za siebie i zacząć sie uczyć. Dobra to na konicec zdjęcie które zrobiłam sobie wczoraj i bardzo mi sie podoba, w szczególności w postaci w jakiej Wam je pokazuje (lekko przerobione)


niedziela, 2 czerwca 2013

Maj w pigułce

Dawno nic nie pisałam, ale ostatnio w moim życiu dużo sie dzieje i nie jest to najlepszy okres. Ojciec znowu czepia się o mój i mamy wyjazd do Hiszpanii a ja już mam tego serdecznie dość. Swoim zachowaniem coraz bardziej utwierdza mnie w tym że wyjazdz nim byłby horrorem i totalną porażką. Ta cała sytuacja jest okropna, już nawer powiedziałam, że nigdzie nie jade, ale mama nie pozwala mi z tego zrezygnować, bo wie, że zrezygnowałam już w zeszłym roku, bo brat brał ślub. Przez to wszystko czuje się fatalnie a za dwa tygodnie zaczyna mi się sesna a w poniedziałek (jutro) idę pierwszy dzień na praktykę. Niestety nie mogę powiedzieć, że ta cała sytuacja na mnie nie wpływa, wręcz przeciwnie, wpływa i to bardzo. Na szczęście w tym całym okresie trafiają się dni, w których o tym wszystkim mogę zapomnieć, ale są to nieliczne dni. Ostatnio był to jednodniowy wypad do Krakowa a wcześniej grill. Te dni spokoju i radości zawdzięczam koleżankomz grupy, z którymi się bardzo dobrze dogaduje. Przynajmniej na tym etapie mam jakiś dobrych znajomych, z którymi mogę spędzić świetne chwile. Mam nadzieje, że ten cały domowy koszmar szybko się skończy (choć będzie o to trudno, bo ojciec cały czas się tylko nakręca), albo przynajmniej, żeby nie wpłynęło to na mnie na tyle negatywnie, żeby się nie odbiło na studiach. Na koniec kilka zdjęć z tych dobrych dni maja ;]




sobota, 4 maja 2013

Weekend majowy.

Weekend majowy niestety pogodą nas nie rozpieszcza. Miałam z rodzicami plany żeby porobić coś na ogródku, grila zrobić, no ale jest tak brzydko, że człowiekowi się z domu nie chce wyjść. Wiosna jak to wiosna, nie zawsze musi być pięknie, ale szkoda tego długiego weekendu. Tak szczerze to nawet nie mam na nic ochoty, nie wspomnę o pisaniu pracy na uczelnię, ale muszę się w końcu za to za brać. Może popołudniu znajde na to czas, ochotę i motywację ;) Mam nadzieje, że pogoda znowu zrobi się śliczna i znowu będzie piękna wiosna. Jak na razie trzeba przetrwać tą deszczową majową pogodę. Dzisiaj jakoś krótko i pisane w przerwach, bo złożyły sie dzisiaj sprawy rodzinne i to tak wszystko jakoś sie nie poskładało żeby pisać w ciągu. Na koniec jeszcze jedno zdjęcie, wiosenne, kwitnące magnolie ;)



P.S. Notka miała być wczoraj, ale jakoś nie wyszło :)

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Wiosenne przemyślenia

Już zrobiło się tak fajnie wiosennie, że aż chcę się człowiekowi wyjść na plac. Błękitne niebo, słoneczko, ciepło, prawdziwa wiosna. Od pewnego czasu mam bardo dobry humor jak nie ja i teraz ta pogoda sprawia, że jestem jeszcze weselsza. Pogoda pozwala też na aktywność na dworze, więc zaczęłam biegać o ile można to tak nazwać. Niestety moja kondycja nie jest dobra, ale popracujemy nad tym.  Do wyjazdu do Hiszpanii zostało mi jeszcze 98 dni i mam nadzieje, że jakoś tam będę wyglądać. Zobaczymy jak to będzie, jak na razie jestem dobrej myśli. Tak na prawdę to chyba zaczynam nowe życie: dobry nastrój, motywacja do zmian, pewna znajomość... wszystko tak choćby po tych wszystkich latach, w których nic nie wychodziło, teraz zaczęło się układać. Może w końcu mój limit pecha i nieszczęścia się skończył. Mam też nadzieje, że znajde odpowiedniego faceta, który zaakceptuje i pokocha mnie taką jaką jestem.  Zobaczymy co przyniesie czas... jak na razie wracam do swoich obowiązków studenckich i poza studenckich ;)

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Pierwsze oznaki wiosny.

Pogoda zrobiła się już bardzo ładna. Mam nadzieje, że już tak pozostanie. Od tej szarej zimy człowiek marzy tyko o słońcu, błękitnym niebie, żeby móc schować do szafy ciepła kurtkę. Oby już tak ładnie i ciepło zostało. Choć z drugiej strony, jak to wszystko nagle zacznie topnieć to nie będzie ciekawie. Miejmy nadzieje, że pogoda potraktuje nas w miarę łagodnie. Dzisiaj jak wracałam z mamą ze sklepu to przed nosem przeleciało mi coś kolorowego. Jak się okazało był to motyl. Pierwsza oznaka nadchodzącej wiosny. Na udokumentowanie tego faktu udało mi się zrobić takie o to zdjęcie:


Oczekujmy wiosny i żeby jak najszybciej przyszła już na dobre :)

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Wielkanoc zimą.

Jako, że dzisiaj rano po kościele poszłam z aparatem na mały spacer, żeby uwiecznić tą jakże piękną zimę tej wiosny :) Tak na prawdę to chciałabym już wreszcie mieć wiosnę, żeby móc zacząć biegać, no ale cóż, poczekamy. Jak na razie wklejam kilka fotek z dzisiejszej aury w Katowicach-Ligocie z rana: 








Święta

Święta, tak bardzo inne od wszystkich. Już jest Lany Poniedziałek, ale w tym roku zamiast wody będzie śnieg. Dzisiaj, znaczy się wczoraj sypało praktycznie cały dzień, a ja na domiar złego nie mam jako takich zimowych butów. Takie w których chodziłam do kościoła mają rozwalone obcasy, więc zanim ich nie zaniosę do szewca to tak nie bardzo chodzić w nich jest jak. Dzisiaj do babć szłam w adidasach... No cóż pogoda tak jakoś mało wiosenna i jedyne w swoim rodzaju Święta Wielkanocne. W sumie to dużo pracy przed świętami a potem i tak nic z tego nie ma po za porządkiem w mieszkaniu. Jest w pół do pierwszej, a ja nie śpię tylko uśmiecham się do monitora jak nie ja. Cóż pewne rzeczy też się zmieniają. Jutro, czyli dzisiaj na obiad przechodzi bracik z małżonką. Mam co do tego mieszane uczucia, a dlaczego to może zostawię dla siebie. Mam nadzieje, że ten dzień jakoś minie w miłej rodzinnej atmosferze. Chciałabym, żeby rodzinna atmosfera przynajmniej w jakimś stopniu pozostała. W domu dalej jest nie za ciekawie, choć coraz więcej odzywam się do ojca. Miejmy nadzieje, ze sytuacja się poprawi.

piątek, 29 marca 2013

Świątecznie porządki.

Święta coraz bliżej, nawet już na ostatnie prostej, bo przecież jutro już Wielki Piątek. Tak na prawdę, to te Święta będą jakieś takie dziwne i w sumie nawet nie mam na nie ochoty. Atmosfera w domu niby trochę lepsza, ale i tak człowiek nie mam na nic sił. Weny do sprzątania też nie mam, a pogoda jakoś nie daje kopa do działania. Szaro buro, zima... a przecież mamy wiosnę. Lany poniedziałek chyba na prawdę będzie na śnieżki. Normalnie jakaś paranoja, zawsze już o tej porze było w miarę ładne. Kwiecień już prawie a ja dzisiaj usłyszałam, że taka pogoda może być nawet do maja... Pójdzie zwariować, ja chce już wiosnę, żeby było ciepło i nie trzeba było chodzić w tych grubych płaszczach. A po za tym, że tak powiem opał się skończył i trochę zimno jest w mieszkaniu szczególnie popołudniu. Jak tak czekam, aż tata wróci z pracy to normalnie zamarzam. Mam nadzieje, że ten mróz szybko się skończy i przyjdzie prawdziwa, piękna wiosna. Dobra idę spać, jutro trzeba wcześnie wstać i zrobić wszystko to co zaplanowane

poniedziałek, 18 marca 2013

Znalezienie równowagi.

Znowu dawno nie pisała, jakoś nie umiem ostatnie czasy opisać tego co się ze mną dzieje. Niby nic takiego, w domu powoli się uspokaja, albo jest cisza przed burzą, bo tata jeszcze nie wie, że jednaj jedziemy. Wiąż odzywa się do mnie tylko wtedy kiedy musi, a mi już teraz to nie przeszkadza. Wszystko pomału jakoś kręci się do przodu, choć czasami nie jest łatwo. Zbliżają się święta, ale jakoś nie mam na nie ochoty, nie sprawia mi to radości. Zobaczymy jak to będzie. Powiem szczerze, że nie potrafię jakoś doprowadzić się do odpowiedniego stanu. Ćwiczenia stanęły w martwym punkcie, motywację mam, ale sił nie i chyba najbardziej tych psychicznych. Muszę na nowo się przełamać i dam radę. Muszę wrócić, na odpowiedni tor z moim życiem, choć teraz jestem coraz bardziej sobą. Technikum się skończyło, już definitywnie zamknęłam ten rozdział i czuję się z tym bardzo dobrze. Nie mogę patrzeć co było wstecz, muszę patrzeć przed siebie, spełniać swoje małe cele. Mam też nadzieje, że jak ponownie odnajdę równowagę w życiu to znowu zacznę tutaj normalnie pisać. Nie wiem ile osób to czyta, ale ja pisząc, mogę się pozbyć moich uczuć, powiedzieć co mnie boli i ogólnie się wygadać i czuję się z tym dobrze.

Wczoraj nawet spędziłam miłe popołudnie. Umówiłam się z dziewczynami z uczelni na spotkanie poza uczelnią. Przydał mi się taki wypad, takie 3 godziny oderwania od otaczających problemów i tego wszystkiego. Pogadałyśmy, wypiłyśmy piwko, ogólnie czas spędzony bardzo miło. Mam nadzieje, że jeszcze nadarzą się takie wypady. Nie jestem osobą zbytnio towarzyską, ale chyba muszę to w końcu zmienić. Powtarzam to dość często, ale zobaczymy co będzie. Nie mam zamiaru nic planować, niech się dzieje to co ma się dziać...

poniedziałek, 4 marca 2013

11 dni.

Tyle czasu minęło, odkąd mój tata dowiedział się o moim i mamy wyjeździe na wakacje do Hiszpanii. Nie powiem, że te dniu są łatwe i zapowiada się, że nie będzie łatwo i to długo. Tak na prawdę to już nie wiem co mam robić z tą wycieczka. Z jednej strony chcę jechać i to bardzo, przecież to moje marzenie, a z drugiej  mam dość tej chorej sytuacji w domu. Ojciec się do mnie nie odzywa, co prawda nigdy nie mieliśmy dużo tematów do rozmów, ale teraz to już wcale się nie odzywa, nawet w takich codziennych sprawach. Mam mętlik w głowie, tak na prawdę to nie wiem co mam o tej całej sytuacji, czasami mam tego wszystkiego dosyć. Nie wiem czy wytrzymamy z mamą z nim dłużej, zawsze wszystko to nasza wina, a jemu i tak nie da się nic przetłumaczyć. Z mamą "rozmawiają", ale ja tego rozmowa nie mogę nazwać. Najgorsze jest to, że po prostu już nie daje sobie rady z tą cała sytuacją. Z jednej strony stoją moje marzenia a z drugiej spokój w domu. Choć i tak o to będzie trudno, ale chciałabym, żeby wszystko wróciło do stanu takiego jaki był przed tym jak powiedzieliśmy o wycieczce. Nie było kolorowo, ale jakoś szło to wytrzymać, teraz już pomału się nie da tego wytrzymać. Myślałam, że po ślubie brata i jego wyprowadzce, ojciec będzie chciał jakoś zjednoczyć rodzinę, ale pomyliłam się i to cholernie boli. Wszyscy na około mówią mi, że mam nie rezygnować z marzeń, ale ja już sama nie wiem, co czuje. Barcelona, miasto moich marzeń.... już nie wiem co mam zrobić, ze sobą, ze swoimi marzeniami, z całym swoim życiem, jestem w jakimś dołku i obawiam się, że tak szybko się nie pozbieram a w szczególności jak tak dalej będzie w domu. Chciałabym się wynieś, ale nie zostawię mamy samej z nim, bo wiem, że się wykończy a same sobie i tak nie poradzimy, bo nas nie będzie stać na życie. Nie wiem co robić, myśleć, jedynie w tej całej sytuacji czuje się fatalnie...

poniedziałek, 18 lutego 2013

Semestr zaliczony, zbliża się drugi.

No i w końcu, wczoraj się doczekałam wyników tej matematyki. Udało się... i to nawet na 5. Jestem szczęśliwa, bo najniższa ocena w pierwszym semestrze to 4,5 z TI. Mam nadzieje, że dalej przejdę tak przez te studia z dobrymi ocenami, ale i tak najważniejsze, żeby zrobić licencjata a potem może magistra, zobaczymy. Jak na razie trzeba zaliczyć kolejne semestry. Jak na razie mam plan tylko na pierwszy zjazd. Sobota to będzie jakiś pogrom, 12 godzina na uczelni, same wykłady i tylko 3 przedmioty. Jak na razie się tym nie przejmuje, pierwszy semestr zaliczyłam to i z drugim sobie dam radę. Tak na prawdę to chciałabym, żeby mi się w końcu życie zaczęło choć trochę układać. Staram się żyć z dnia na dzień, cieszyć tym co mam, co mnie spotyka, ale nie zawsze się to udaje. Na szczęście jest już dużo lepiej, niż kiedyś i oby nadal zmieniało się to w tym kierunku.

piątek, 15 lutego 2013

Powrót po długiej nieobecności.

Bardzo dawno mnie tutaj nie było... Trochę dziwnie znowu pisać. Ostatnio miałam gorący okres, wiecie sesja. Na szczęście już ona za mną, zostało mi tylko czekanie na wyniki z egzaminu z metod ilościowych (tzw. matematyka). Jestem dobrej myśli, spokojna, choć strasznie zniecierpliwiona. Na szczęście do soboty już dużo nie zostało :) 
Przez ten ostatni miesiąc w sumie nic wielkiego się nie wydarzyło. Wszystko pomału zmierza w swoją stronę. Miałam mały okres załamania w pracy nad sobą, ale odnalazłam znowu siły i wróciłam na dobry tor. Mój cel, Hiszpania, też się zbliża, jeszcze 7 miesięcy, ale chcę tam już być, wejść na stadion, pozwiedzać Barcelonę, choć przez chwilę znaleźć się w raju. Małymi krokami zmierzam do marzeń, hiszpańskiego też zaczęłam się uczyć dalej. Przez tą sesję nie miałam za dużo czasu na inne rzeczy. Teraz mam czas do kolejnej sesji, więc mogę ponownie walczyć o marzenia. 
Jak zawsze przychodzą lepsze i gorsze dni, choć w ostatnim czasie tym pierwszych jest o wiele więcej. Jakiś plus. Znalazłam koleżankę na studiach, z która dobrze się dogaduje, różnimy się, ale rozumiemy się. Wszystko na prawdę zaczyna się układać, są jeszcze takie rzeczy w moim życiu, które trudno jest mi przeskoczyć, pogodzić się z nimi, ale procuje nad tym i mam nadzieje, że za jakiś czas będę mogła powiedzieć, że jest mi ze mną dobrze. Chciałabym się zaakceptować, polubić taką jaką jestem i mam nadzieje, że w końcu mi się to uda. Mam prawie 21 lat, do tej pory miałam prawie ze wszystkim pod górkę, chciałabym, żeby teraz wszystko się odmieniło. Co prawda ja tego sama zrobić nie mogę, ale podobno wiara czyni cuda, więc wierze i mam nadzieje.